pixabay.com

Kilka lat temu trafiłam na ciekawy wywiad z dr Andrzejem Wiśniewskim, w którym padło stwierdzenie, iż w dobrym związku naczynia same się zmywają. Pamiętam moje zdziwienie i niedowierzanie, gdy je przeczytałam

Będąc owocem wychowania w idei tradycyjnego podziału ról, gdzie kobieta oprócz pracy zawodowej zajmuje się całkowicie domem, a mężczyznę ma w zasadzie po to, żeby był, te słowa wzbudziły mój wewnętrzny bunt. Bo jakże to tak?! To można inaczej?! Da się?! To jedno zdanie stworzyło w moim światopoglądzie swoistą wyrwę, wyrwę, która rozpoczęła bunt.

Bunt, który rozpoczął się od rzuconych przez mojego męża na środku dużego pokoju zużytych skarpetek

Ten mały drobiazg wywołał w mojej duszy swoisty wybuch furii. Cholerne skarpetki ukazały mi z całą mocą, gdzie w hierarchii rodzinnej było moje miejsce – na samym odległym końcu. Na czele były potrzeby mojej córki, męża, kota, świnki, chomika, szczurka, wszystkich ludzi wokół, tylko nie moje własne.

A ja z ufnością i dużą dawką naiwności przez wiele lat mojego małżeństwa wierzyłam, że w zamian za próby zbawienia całego świata moi bliscy zatroszczą się o mnie i o moje potrzeby.

Ależ byłam w błędzie! Zaczęłam się zastanawiać w jaki sposób doprowadziłam sama do tego, iż z przebojowej dziewczyny stałam się znerwicowaną, przepracowaną i przemęczoną kobietą, ot taką Matką Polką Cierpiącą.

Przecież biorąc ślub przyrzekałam, iż uczynię wszystko, aby to małżeństwo było zgodne, szczęśliwe i trwałe

Czy synonimem tego szczęścia miał być wyszorowany kibel i podany na stole obiad? Czy, aby to małżeństwo było trwałe miałam przestać być sobą? Te i inne pytania uświadomiły mi, iż w momencie wyjścia za mąż wystartowałam z własnej i nieprzymuszonej woli w wyścigu na idealną żonę i matkę, w którym sędziami były otaczające mnie kobiety (własna matka, teściowa i ciotki), a którym chciałam udowodnić za wszelką cenę, że zasługuję na brawa i słowa uznania. Tak jakbym bez tego nie była kobietą idealną, sobą. Mowa tu o “Syndromie Żony”, bo tak go nazwałam. Dotyka sporą ilość kobiet z mojego pokolenia, które wychodząc za mąż zmieniają swój styl życia i rozpoczynają manewry pod nazwą “bycie kurą domową”. W tych manewrach większość z nas wytrzymuje tylko kilka lat. Te najwytrwalsze całe życie.

Czy zatem funkcjonowanie w roli żony ma się wiązać z porzuceniem swoich planów i pasji?

Otóż nie. Oto kilka rad jak uniknąć tej kwadratury koła i nie spalić się w małżeństwie:

pixabay.com

Wizja ról

Zanim zaczniecie odgrywać swoją rolę żony porozmawiajcie o tym ze swoim partnerem jak każde z Was tę rolę rozumie. Możecie być zdziwione słysząc niektóre stwierdzenia oraz wysłuchując tego jak i co powinna robić żona :-). Dla mojego męża najbardziej istotne było to, aby żona była w domu, nawet jeśli miałaby w nim tylko siedzieć i nic nie robić. Wyobraźcie sobie zatem ekstrawertyczną i pełną energii kobietę tkwiącą w czterech ścianach. To cud, że mieszkanie jeszcze stoi! Zatem wspomniana rozmowa to dobry moment na to, aby wspólnie ustalić jak będzie kształtowało się Wasze małżeństwo oraz jak będziecie reagować na uwagi ze strony rodziny, znajomych i znajomych znajomych. Szczególnie, gdy wypracowane rozwiązanie nie będzie mieściło się w stereotypowym myśleniu o małżeństwie i roli żony, np.: gdy ustalicie, że to Wasz partner będzie domowym Strażnikiem Teksasu, a wy światową Wonder Women spełniającą się poza domowym ogniskiem.

Wolność

Na samym początku każda z nas pragnie spędzać jak najwięcej czasu ze swoim mężczyzną. Jest to całkowicie zrozumiałe. Zarówno ty, jak i twój partner przeżywacie fazę głębokiego zauroczenia i chcecie się Sobą nacieszyć. Mam jednak dla Ciebie informację: te różowe okulary spadają z twoich oczu w ciągu pierwszych czterech lat trwania związku. Faza poznawania się mija i w tym momencie w wielu związkach zaczynają się przepychanki. Każda ze stron próbuje coś ugrać. W trakcie tych przepychanek usztywniamy się, budujemy mury pełne lęków i obaw. Myślisz, że banialuki piszę? W tamtym okresie bardzo często z ust mojego męża padał zarzut: Co z Ciebie za matka?! Dotyczył najczęściej sytuacji, gdy chciałam wyjść z domu, aby pobyć z koleżankami, czy też sama ze sobą.

A przecież związek to nie więzienie. Prawdziwy związek dwojga ludzi to relacja oparta na zaufaniu i szacunku: tak wiem, że kochasz latać po mieście, więc idź. Wróć do mnie szczęśliwa, naładowana endorfinami i podaruj mi swój uśmiech oraz pogodę ducha. Paradoksalnie dając sobie wolność i ciesząc się, że partnerka lub partner spełnia się w swoich pasjach tylko podgrzewamy miłość w naszym związku.

Dzieci

To najbardziej rewolucyjna faza w życiu każdej kobiety i jej związku. Nagle wszystko co do tej pory zostało ustalone bierze w łeb. To moment, w którym też trzeba na nowo poukładać obowiązki, ale też i omówić nasze role. Bo rola żony to nie to samo co rola matki i to samo dotyczy również mężczyzny i jego roli ojca. Nikt nie powiedział, iż zostając matką nie możesz pójść na studia i się rozwijać, nikt nigdzie nie zapisał, iż nie wolno ci pójść do pracy, czy też zostać w domu, jeśli czujesz, że to jest dla Ciebie najlepsze, i że właśnie tego w tej chwili potrzebujesz. Ten swoisty rollercoaster to test dla związku, w trakcie którego sprawdzane jest jak obie strony udzielają sobie wsparcia i czy w ogóle go sobie udzielają. Czy panuje między nimi zrozumienie do swoich wzajemnych emocji i potrzeb. Potrzeb, które w dłuższym czasie nie zaspokojone są przyczyną do narastania w nas frustracji i złości, powodując, iż związek wchodzi w fazę kryzysu.

Nie ma jednej recepty na rozwiązanie wszystkich pojawiających się w tym czasie problemów

Warto jednak, aby wasze odmienne punkty widzenia zderzyły się ze sobą. To zderzenie nie musi mieć formy spotkania dwóch cyklonów i nawet jeśli będzie to gorąca dyskusja, to niech ona w ogóle ma miejsce. Każda bowiem najgorętsza wymiana zdań, jest dla związku oczyszczająca i może rozwiązać niejeden problem.

Kibel i cała reszta

Zanim zaczynam pisać ten fragment artykułu wstaję i idę zaparzyć sobie herbatę. Zastanawiam się. Jak to jest z tym kiblem i tą całą resztą zadań jakie są codziennie w domu do wykonania? W którym momencie zaczynają stanowić problem? Mogę tylko napisać bazując na własnym doświadczeniu, iż zaczynają się w punkcie trzecim. Wtedy, gdy jest największe ciśnienie w związku i gdy jego wizja u każdego z partnerów zaczyna się gwałtownie rozjeżdżać. Wtedy, gdy do głosu dochodzą wzajemne pretensje i gdy podział obowiązków jest swoistą grą o tron, która tak jak w serialu telewizyjnym ma mroczną postać. Bo gdy zaczynamy się umawiać: ty wynieś śmieci, posprzątaj sypialnie, wyczyść kuwetę dla kota, a ja to i to, to nie pozostawiamy żadnej przestrzeni na minimalną elastyczność i kiedy druga strona nie robi w stu procentach rzeczy spisanych w cyrografie zaczynamy czuć się wykorzystywane i awantura gotowa.

Czego zatem mogę Wam życzyć?

Aby bycie żoną i matką nie było Waszym życiowym celem, ale jedną z ról jakie pełnicie lub będziecie pełnić, przy okazji spełniając się również w innych rolach, jeśli tylko tego zapragniecie. Żeby bycie w związku nie było przymusem i spełnianiem oczekiwać społecznych, tylko, jak powiedział Wojciech Eichelberger w jednym ze swoich wywiadów:

“Wiesz, ja ciebie właściwie do niczego nie potrzebuję, ale chcę z tobą być, bo cię kocham.”

Bo kiedy jesteśmy spełnione i dobrze jest nam samym ze sobą, to i naczynia same się zmywają, a i łazienki są wyszorowane.

autor: Katarzyna Szałacha

Katarzyna Szałacha

Katarzyna Szałacha Architekt Mocy, Powermenka, Coach po-MOCny oraz dyplomowany trener umiejętności miękkich. Prowadząca warsztaty coachingowe na pierwszym prywatnym Uniwersytecie w Polsce opartych na jej autorskiej metodzie pracy z obrazem. Współautorka kursu e-learningowego dla młodzieży „Zawód, który da ci skrzydła”, oraz kreatorka niezliczonych szkoleń wdrożeniowych, które prowadziła jako trener wewnętrzny w jednej z największych firm badawczych w Polsce.

http://www.architektmocy.pl/o-mnie

https://www.facebook.com/ArchitektMocy

 

 

Komentarze