minimalizm

Trendy nie dają spokoju. Czy minimalizm rzeczywiście jest taki super? A co, jeśli ja nie chcę być super?

Mini zmiana

O minimalizmie dowiedziałam się z książki Faithfully Religionless. Jej autor, Timber Hawkeye, w wieku trzydziestu lat, mając dobrze płatną pracę w Seattle i wiodąc spokojny, szczęśliwy, mogłoby się wydawać, żywot, stwierdził, że to nie jest to. Że nasze życie nie może sprowadzać się do chodzenia do biura i czekania na wypłatę. Postanowił coś zmienić. Sprzedał wszystko, co miał, i wyjechał. Na Hawaje. Zgolił głowę, zostawił sobie pięć T-shirtów, wstąpił do klasztoru. Utrzymywał się z prac dorywczych, robił przede wszystkim to, na co miał ochotę – uprawiał sporty, chodził w góry, pomagał jako wolontariusz. Dziś mieszka w kamperze za dwieście dolarów miesięcznie i uważa się za najbogatszego człowieka na świecie. Nie dlatego, że tyle ma. Dlatego, że tak mało potrzebuje.

Timber uwolnił się od nadmiaru rzeczy. Od funkcjonującego w naszym społeczeństwie przeświadczenia, że sukces i dobrobyt zależą od posiadania. Od pieniędzy, które możemy wydać na to, czego nie potrzebujemy. Zredefiniował pojęcie szczęścia i znalazł swoje. Niby minimalne, bo w domu nie ma nic oprócz rzeczy niezbędnych, ale czy rzeczy są w ogóle niezbędne? Liczy się przecież to, kim człowiek jest, a nie, ile posiada.

Mini wolność

Minimalizm to ogólnie mówiąc dystans do posiadania. To świadome i mądre zarządzanie kupnem i wykorzystywaniem rzeczy. Nie ma nic wspólnego z ascetycznym podejściem do życia, z wielkimi surowymi przestrzeniami mieszkalnymi, czy ubieraniem się na czarno. Nie oznacza wyrzeczeń, bo minimaliści są z reguły ludźmi szczęśliwymi. Myślą w kategoriach pozostawiania sobie tego, co dla nich ważne, a nie ciągłego uszczuplania swojego otoczenia. To dwie różne rzeczy.

Minimalista to człowiek wolny. Dlaczego? Dlatego, że pozbywanie się rzeczy oczyszcza. Uwalniamy się od nich, nie musimy ich dalej pielęgnować, odkurzać, czy patrzeć na nie w szafie. Nie zajmują miejsca. Minimalista to także człowiek bogatszy. Nagle zdaje sobie sprawę z tego, ile posiada. Zostawia sobie bowiem tylko to, co naprawdę się w jego życiu liczy. Uznaje więc swoje bogactwo, co sprawia, że jeszcze je umacnia. Nie wyobraża sobie, że mógłby posiadać więcej. Czyni więc swój minimalistyczny majątek tym, co mu po prostu wystarcza.

 

wolność

Minimalizm: zwariowanie?

Obecna w mediach moda na minimalizm, niestety, nieco go wypaczyła. Ludzie kojarzą tą filozofię z liczeniem swoich przedmiotów. Pytają zdeklarowanych minimalistów, ile rzeczy posiadają. Pozbywanie się łączą z ograniczaniem się. Katarzyna Kędzierska, autorka najpopularniejszego bloga o minimalizmie w Polsce, w wywiadzie dla Newsweeka podkreśla, że taki obraz jej stylu życia nie ma sensu. Jej zdaniem eliminacja przedmiotów jest właściwa i pozytywna tylko do momentu, gdy odczuwamy taką potrzebę. Liczenie naszych gratów niesie ze sobą pożytek tylko wtedy, gdy rzeczywiście chcemy dowiedzieć się, ile ich mamy. A nie po to, aby zostać uznanym przez media minimalistą, bo te przekonują, że nie możemy mieć wtedy w posiadaniu więcej niż sto przedmiotów.

A co jeśli filozofia ta w żadnym stopniu do nas nie przemawia? Jesteśmy sentymentalni i nie mamy w domu żadnych śmieci? Możemy wcielić w życie jedną i prostą zasadę minimalistów. Polega ona na przyjęciu jednej rzeczy w zamian za oddanie drugiej. Czyli jeśli poszerzyliśmy dziś swoją garderobę o jedną bluzkę, stare spodnie, koszula, czy inna bluzka muszą ją opuścić. Dzięki temu niewątpliwie nie będziemy mieć więcej, a z czasem za jedną bluzkę możemy oddać dwie. Potrzebujący na pewno skorzystają. A przy okazji i nam będzie miło, że mogliśmy komuś pomóc.

Autor: Gabriela Alicja Bończyk

Komentarze